Dominik Szczęsny-Kostanecki

Україномовна версія – тут

Introdukcja

W styczniu po raz pierwszy w życiu nawiedziłem Odessę. Jest ona miastem przepięknym i rację miał Leonid Utiosow, śpiewając: „o jeśli b wy znali, kak dorog u Czjornogo morja otkrywszysja mnie, w cwietuszczych akacjach, gorod…”. Kwitnących akacji co prawda nie było, wszak to nie ta pora roku, ale ptaki, którym chyba już wszystko pomieszało się z powodu wysokich temperatur, śpiewały całkiem vivace.

Pierwsze wrażenia po wniknięciu w przestrzeń urbanistyczną „starówki”? Gdyby dodać kominy fabryk, wyciąć platany i wypłaszczyć teren – jesteśmy na Piotrkowskiej w Łodzi, troszkę przykucniętej – ale jednak. Liczne podobieństwa do trzeciego miasta Polski sprawiają, że można poczuć się tu swojsko, choć pamiętać należy, że ta swojskość ufundowana jest, paradoksalnie, na przywiązaniu do dziwnej mieszanki architektonicznej, łączącej w Łodzi wzorce zachodniego klasycyzmu i ewentualnie neogotyku – zastępowanego w Odessie elementami stylu bizantyjskiego – z ciężkim, przysadzistym budownictwem imperialnym, rosyjskim znakiem rozpoznawczym od Warszawy po Władywostok.

Inną ważną cechą historycznego centrum (historyczność w przypadku Odessy oznacza okres sprzed I wojny światowej) jest doskonała wierność hippodamejskiemu założeniu. A jednak siatka ulic skupiona została w dwóch czworokątach niezbiegających się pod kątem prostym. Czyżby urbaniści planowali i nadzorowali budowę miasta z dwóch różnych kierunków, nie spotykając się na koniec? Bynajmniej. Perła Morza Czarnego powstawała jak gdyby w uzależnieniu od swego przydomka, czyli vom Wasser aufs Land, od plaży ku okalającym ją wzgórzom. A zatem za podstawę, za punkt odniesienia przyjęto linie brzegowe, a nie sztucznie wykreślony system rzędnych i odciętych.

 Polska Odessa – geneza i ogólny charakter zjawiska

Przez cały okres świetności miasta (tj. do rewolucji październikowej) Polacy stanowili w nim – obok Rosjan, Żydów i Ukraińców – niezwykle istotną społeczność, a jednocześnie łącznik między czarnomorskim Babilonem a krajową kulturą i życiem publicznym. Związki te w sposób subtelny, ale najzupełniej zauważalny przeniknęły do zbiorowej świadomości.

O prawdziwości powyższej tezy niech zaświadczą pierwsze z brzegu fakty: primo, toponimik pojawia się w nazwie Sonetów Odeskich; secundo, w Ziemi Obiecanej Moryc Welt wymienia odeskie firmy, które, jego zdaniem, splajtują na skutek zwyżki cen bawełny; tertio, Stanisław Wokulski, bohater Lalki, opowiada pani Stawskiej anegdotę o dwóch przyjaciołach, którzy, postanowiwszy złożyć sobie wizytę, minęli się w drodze – jeden mieszkał w Tobolsku, a drugi w Odessie. Oczywiście te literackie odniesienia są jak szpilka w lesie. A jednak rozmawiamy nie o trzeciorzędnych czytadłach, ale o najcelniejszych utworach rodzimej literatury.

Wspomnieliśmy powieść Ziemia Obiecana, której akcja rozgrywa się w polskim Manchesterze. Odessa i Łódź mają wiele wspólnego, o czym na kartach tych była już mowa, teraz pojawia się sposobność, by wątek ten rozwinąć. Otóż tak, jak specyficzny typ mieszkańca w Królestwie Polskim stanowił Lodzermensch, człowiek często obcego pochodzenia, na co dzień kapitalista nieprzywiązany do żadnej wielkiej idei, choć prywatnie niepozbawiony przyjemnej powierzchowności, a nawet odruchów altruistycznych – podobną figurę odnajdziemy w Odessie.

Wydaje się jednak, że w przeciwieństwie do Żydów, Greków, czy Włochów, tamtejsi Polacy ulepieni byli z innej gliny. Słowo wyjaśnienia: nasi przodkowie weszli w wiek XIX jako społeczeństwo odziedziczone po Rzeczpospolitej – kraju, w którym pełnię praw politycznych i hegemonię kulturalną zdobyła liczna szlachta. Najbardziej rzutkie jednostki wywodziły się z tej właśnie warstwy. Zmieniając się w kapitalistów, w dużej mierze zachowali oni dawny, szlachecko-arystokratyczny etos.

Polska Odessa – literaci

Nieco na przekór powyższemu, należy odkłamać wciąż jeszcze powtarzaną opowieść o związanych z miastem trzech wieszczach narodowych. Zaczynając od kwestii najprostszej, czyli od przypadku Zygmunta Krasińskiego: poety w ogóle tu nie było! Ze Słowackim z kolei jest ten problem, że według legendy miejskiej, miał on przyjeżdżać na zaproszenie Zenona Belina-Brzozowskiego do pałacu zbudowanego… po jego śmierci. Jedynym prawdziwym „Odesytem” wśród wielkich romantyków pozostaje Mickiewicz.

Z trwałych śladów pozostawionych jego obecnością w r. 1825, w przestrzeni miejskiej udało mi się wytropić trzy: pomnik (zupełnie udany w przeciwieństwie do wileńskiego potworka); działające po dziś dzień Towarzystwo Kultury Polskiej noszące imię wielkiego rodaka; wreszcie, tablicę pamiątkową na gmachu Liceum Ryszeliewskiego, gdzie stosunkowo młody, niespełna 30-letni wieszcz miał uczyć literatury, do czego nigdy ostatecznie nie doszło, chociaż faktem jest, iż  Mickiewicz przez kilka miesięcy w owym budynku pomieszkiwał.

Niestety, rozczaruje się ten, kto by liczył na bogate wrażenia z jego pobytu w Odessie, a więc na relacje na temat urbanistyki, czy socjologii Szczególną przykrość w tym względzie sprawiają wspomniane Sonety Odeskie. Mimo zachęcającej nazwy, są to utwory – częściowo inspirowane Petrarką – w których podmiot poetycki przedstawia gamę własnych uniesień towarzyszących relacjom z różnymi, jak się wydaje, kobietami.

Znawcy Mickiewiczowskiej twórczości próbowali doszukiwać się wśród owych niewiast prawdziwych „sympatii” wieszcza – niektóre mogły wówczas przebywać w Odessie, ale nie zmienia to istoty rzeczy. Drobne uwagi zawarte są w listach Wieszcza, jednak jest ich całe… siedem, z czego jeden zawiera pojedynczą linijkę tekstu! Przyznać trzeba, że jak na ok. 8 miesięcy pobytu w obcym mieście, materiał wspomnieniowy z tego żaden.

O wiele większy związek między Odessą a polskim życiem literackim zachodzi w przypadku Jarosława Iwaszkiewicza, podróżującego w te strony pod koniec I wojny światowej i odwołanego nad Wisłę wraz z nastaniem niepodległości. Późniejszy sekretarz marszałka Rataja spędził tu raptem kilka tygodni, ale to właśnie jemu Odessa objawiła się jako miejsce godne literackiego dzieła w postaci potężnej powieści. Mowa o opublikowanej w PRL-u Sławie i Chwale (zekranizowanej przez K. Kutza w formie 7-odcinkowego serialu), której akcja zaczyna się opisem okolic słynnego gmachu opery.

Polska Odessa – kupcy

W tym miejscu wypada pomówić o drugiej, tym razem już nie na poły fantomowej grupie, czy wręcz środowisku polskim z prawdziwego zdarzenia. Mowa o ludziach łączących cechy dawnej szlachty, rodzącego się ziemiaństwa w znaczeniu właściwym dla II poł. XIX wieku, z przymieszką burżuazyjnych nowinek.

Dobrą ilustracją tego społecznego zjawiska niech będą rodziny Sobańskich, Belina-Brzozowskich i Potockich. Przedstawiciele wszystkich trzech (jedna należąca do arystokracji ścisłej w rozumieniu prof. Teresy Zielińskiej) czerpały swe dochody z olbrzymich majątków produkujących doskonałej jakości ukrainne zboże. Odessa z oferowanymi przez siebie możliwościami okazała się dla nich czymś więcej nawet, niż ziemią obiecaną – taką, jaką mogli dostrzec w grodzie nad Jasieniem niemieccy przybysze z Saksonii. Narodziny i rozwój „perły Morza Czarnego” – przy odpowiednio skonstruowanym „modelu biznesowym” – budzą skojarzenie z wygraną na loterii. Oto raptem w odległości 200-300 kilometrów od miejsca uprawy pojawił się nieopodatkowany kanał zbytu!

Jak grzyby po deszczu wyrastają magazyny zbożowe (nieco nowocześniejsze silosy wciąż stanowią wizytówkę Odessy) i pałace, przy czym zjawisko to nie ogranicza się tylko do elity finansowej Imperium Rosyjskiego. Gdzie, jak gdzie, ale tutaj przesądy narodowościowe nie odgrywały większej roli, przynajmniej do czasu…

Czy obecność potentatów zbożowych nie kłóci się z moją wcześniejszą tezą o niekupieckim obliczu polskiej diaspory? W niewielkim tylko stopniu i to dotyczącym raczej form towarzyskich aniżeli głębokich nawyków mentalnych, o czym świadczy traktowanie obowiązków kupieckich w kategoriach przykrej konieczności, nie zaś podniecającej przygody.

Polska Odessa – architekci

Najwyższa pora, by padły tu nazwiska Lwa Włodka i Feliksa Gąsiorowskiego – jeśli chcemy zachować hierarchię zasług albo vice versa, jeśli wolimy pozostać wierni chronologii. Nie będzie wielkiej przesady w stwierdzeniu, że wygląd swej starówki Odessa w ok. 1/3 zawdzięcza tym właśnie architektom, których sumaryczna aktywność przypada na lata 1848-1914(?) Górną datę opatrujemy znakiem zapytania ponieważ nie ma w literaturze zgody co do tego, kiedy umarł Włodek.

Ponieważ zaprojektowane przez nich budowle nie przycupnęły w jednym zakątku, spacerując po odesskim centro storico, napotykamy je co chwila. I tak, chcąc skręcić z Preobrażeńskiej – to jakby kręgosłup miasta – w prawo, w Derybasowską, nie musimy tego robić sub Iove frigido, ale możemy przejść przepysznie udekorowanym pasażem autorstwa Włodka. Idąc dalej, w stronę morza, mijamy hotel Welykyj Moksowskyj, po czym skręcamy w lewo w ulicę Hawanną (czyli Portową) i po niespełna 100 metrach mijamy niskobudżetowy dom czynszowy – wszystko Włodek.

Jednak najpopularniejsza bodaj budowla pochodząca z jego deski kreślarskiej dopiero przed nami! To położona przy ul. Gogola 7 kamienica Falc-Fajna, lepiej znana jako „Dom z Atlantami”, gdzie nawet poza sezonem ktoś nieustannie robi sobie zdjęcie. Nazwa zwyczajowa bierze się stąd, iż na jej jedynym rogu znajdują się rzeźby dwóch postaci męskich dźwigających na plecach i podtrzymujących rękami ziemski glob. Jak głosi lokalny dowcip – słyszałem go na własne uszy – są to jedyni mieszkańcy miasta, którzy nie kradną. Bynajmniej nie z uczciwości, ale dlatego, że mają zajęte ręce i żadnych kieszeni w swym ubiorze.

Tymczasem bliżej portu jak gdyby bardziej widoczny był Gąsiorowski. Zachodząc od Pomnika Pomarańczy po pierwsze widzimy monumentalny pałac zaprojektowany dla znanego nam już Brzozowskiego. W rezydencji (stanowiącej kompozycyjne dopełnienie pałacu Woroncowa) swojego czasu pomieszkiwał wydziedziczony ze swego władztwa szach Persji i to on, a nie polski właściciel przetrwał w jej zwyczajowej nazwie. Obecnie – sic transit gloria mundi – posiadłość należy do jednego z ukraińskich oligarchów.

Mijając popiersie Puszkina wytrzeszczającego oczy, jak gdyby w niedowierzaniu, że stoi przed ukraińskim, a nie rosyjskim magistratem, dochodzimy do gmachu Muzeum Archeologicznego (podobno mają tam zabytki scytyjskie!), by po chwili odbić w prawo – i zakończyć nasz spacer pod gmachem opery. Nie muszę dodawać, że przy ostatnich dwóch projektach również asystował Gąsiorowski… Tak! Ten supernowoczesny, klimatyzowany latem i zimą, pięknie wyposażony gmach, o którym mówiono, że trafiają tu opery zaraz po premierze w La Scali, współtworzony był przez polskiego architekta.

Na spektakl, z powodu koronawirusa, nie ma szans. Ale pandemia kiedyś się skończy. Wrócę tu na pewno. Również z sympatii dla mieszkańców miasta, którzy nazwą jednej z ulic i pamiątkową tablicą uhonorowali prezydenta RP – Lecha Kaczyńskiego.

Поділитися:

Категорії : Україна-Польща

Схожі статті

Польський мільярдер Рафал Бжоска відправив до України рекордну кількість гуманітарної допомоги

Ірина Шевченко ■ ІНТЕРВ'Ю ■ №21, 2022-05-22 Понад десятиліття тому на вулицях Польщі почали з’являтися поштові скриньки з наліпками InPost. Спочатку це були поодинокі...

Залишити відповідь

Ваша e-mail адреса не оприлюднюватиметься.

*
*