“Przed Bitwą Warszawską”, czyli hołd dla sojuszników 1920 roku i pytanie o przyszłość

Dominik Szczęsny-Kostanecki

9 listopada w Skierniewicach odsłonięty został pomnik „Przed Bitwą Warszawską” , upamiętniający błogosławioną pomoc, jakiej śmiertelnie zagrożonej bolszewizmem Polsce udzielili Ukraińcy, Węgrzy i Francuzi, a przez przedłużenie – również przedstawiciele innych narodów. Co najistotniejsze z perspektywy piszącego te słowa, monument wpisuje się w ten rodzaj polityki historycznej, która nie tylko winna pozostawać poza bieżącym sporem politycznym w Warszawie i Kijowie, ale również zyskać nową dynamikę.

Wersja w języku ukraińskim tutaj

Na pierwszym planie widać siedzące sylwetki marszałka Józefa Piłsudskiego (z lewej) oraz przywódcy Ukraińskiej Republiki Ludowej – Symona Petlury. Za nimi, w drugim rzędzie, stoją ówczesny kapitan armii francuskiej Charles de Gaulle (równiej z lewej) oraz węgierski premier Pál Teleki. Tak oto, w największym skrócie, wygląda rzeźbiarska kompozycja Karola Badyny, zaprezentowana na moment przed szczególnym Dniem Niepodległości, obchodzonym niejako wespół z 100. rocznicą zwycięstwa nad bolszewikami.

Widzimy postaci wybitne, związane w 1920 roku antykomunistycznym sojuszem, zasługujące nieledwie na miano mężów stanu w swoich krajach, a każda z nich dodatkowo również w Polsce. A jednak, gdyby  zostały ukazane w układzie takim, jaki zamyślili twórcy amerykańskiego Mount Rushmore National Memorial albo lepiej jeszcze, „usadzone” z czterech stron arturiańskiego okrągłego stołu, wymowa całości byłaby fałszywie symetrystyczna. Artysta słusznie jednak wybrał rozwiązanie sugerujące wewnętrzną hierarchizację bohaterów – i przyjąć należy, że nie stały za nim względy artystyczne, lecz namysł przede wszystkim historiograficzny.

Pierwszoplanowość Piłsudskiego i Petlury odzwierciedla ich kluczową rolę, jako przywódców, którym udała się sztuka najtrudniejsza, czyli mobilizacja znaczących sił ludzkich. Z kolei udział de Gaulle’a i Telekiego – traktowanych tu jako narodowe personifikacje – ograniczył się do pomocy instruktażowej w przypadku pierwszego oraz sprezentowania Polakom i ich ukraińskim sojusznikom ogromnej ilości amunicji przez drugiego. Nie chcę być źle zrozumiany: francusko-węgierska pomoc miała ogromne znaczenie dla ostatecznego zwycięstwa, trzeba jednak postrzegać ją w wynikającej z ówczesnego kontekstu arystotelesowskiej hierarchii bytów.

Godna osobnej refleksji jest również obecność na inauguracyjnej uroczystości polskiego wicepremiera, ministra kultury. Należy życzyć sobie, żeby każdy rząd zachował się w tej sytuacji identycznie albo przynajmniej porównywalnie. Tak samo bowiem, jak przedmiotem doraźnych waśni nie powinny być strategiczne relacje ze Stanami Zjednoczonymi – jednym gwarantem światowego systemu bezpieczeństwa, w którym Polska i Ukraina mogą istnieć jako podmiot, a nie przedmiot polityki – tak też stosunki Warszawy z Kijowem winny być wyłączone z międzypartyjnych rozgrywek.

Jeśli w tej kwestii Polaków nie przekonują względy sentymentalne, ekonomiczne, ani podobieństwo kulturowe, niech przystaną w zadumie nad lekcją, której udziela nam rok 1920. Czy bez pomocy generała Marka Bezruczki obronilibyśmy Zamość, a w konsekwencji, czy powstrzymalibyśmy marsz armii Jegorowa, zagrażającej znakomitemu manewrowi Piłsudskiego? Nie wiemy tego, wszak historia nie jest nauką eksperymentalną. Sama jednak zasadność tego historiograficznego pytania skłania do jeszcze czynniejszego kultywowania pamięci o sojusznikach 1920 roku. Tym bardziej, że w wieku XX nasi alianci w krytycznych momentach okazywali się albo wiarołomni, albo – myślę tu o ZSRS – wręcz jawnie wrodzy.

A co z pamięcią Petlury nad Dnieprem? Zdaję sobie sprawę, że Naczelny Ataman Armii URL z trudem przebija się do panteonu bohaterów współczesnej Ukrainy – na banknot nie trafił, pomników ma niewiele, prędzej ulice swego imienia, słowem: w porównaniu z Szewczenką czy Franką komemoracji doczekał się – póki co – wstrzemięźliwej. Jego los może być odczytywany jako dowód na bankructwo pięknej idei polsko-ukraińskiego braterstwa, przy czym słowo „bankructwo” waży w tym zestawieniu najwięcej. W sytuacji przedłużającej się wojny w Donbasie wspominanie tamtego sojuszu w naturalny sposób prowokowałoby gorzkie pytania zarówno o jego cenę, jak i o porażkę w roku 1921.

Traktując powyższy argument z należytą powagą warto jednocześnie pamiętać, że decyzja o pogrzebaniu bądź rewitalizacji owej pięknej idei zależy tylko od nas samych – po jednej i po drugiej stronie Zachodniego Bugu. Innymi słowy, tylko my możemy zamknąć tamtą historię lub dopisać do niej nowy rozdział. Bez żadnej gwarancji, że tym razem się uda, lecz nadzieję głęboką w sercu żywiąc.

„Będzie jasny, najpiękniejszy dzień –
Słońce złote zabłyśnie na chmurach,
Gdy Cię ziemi ojczystej oddadzą
Atamanie, Symonie Petluro…”[1].

[1] Cyt. za: Z. Kunstman, Duma o Atamanie, https://kuriergalicyjski.com/rozmaitosci/1630-duma-o-atamanie [data akcesu: 10 listopada 2020 r.]

Поділитися:

Залишити відповідь

Ваша e-mail адреса не оприлюднюватиметься.

*
*